15 paź, 2011 - Misja    Brak komentarzy

A million thanks

Loving greetings from Puri.

We remember you both with most grateful thoughts, for the persons you are and were with us. You have done such a commentable work with the children in the hostel and also in the colony. I have no adequate words to thank you enough.  Children remember you so fondly and do speak of you. They might have never received such an attention from anybody and specially from a doctor, as much they received from you. Your presence here with us indeed full of exciting and surprising stories and experiences. Your playing with the children, attack from monkeys etc. Painfully remember how I missed you at the station when you arrived(…)

Do wish your dear and near ones at home pray for me, though I do not know them. Do make an occasional prayer, send an occasional vibration once in a while to PURI.  By now you must have joined the duty. All the best in your carreer.

Sincerely Yours,

Fr. Joseph Philip

Fr. Joseph Philip SVD
Karunalaya Leprosy Care Centre
Baliapanda Road, Puri -752 001
Orissa, India

14 paź, 2011 - Misja    Brak komentarzy

Zamiast zakończenia

Plama krwi. Matka zlizująca ślady skrzepłej czerwieni zmieszanej z błotem, wypływającej z porozrywanego przez koła ciała martwego szczeniaka. Tutaj „pieski żywot” nabiera głębszego sensu i przeszywa na wskroś widokiem od którego chcę uciec, lecz pamięć nie pozwala. To tutaj obserwuje się jak płonące ciała nikną w kłębach dymu, pożerane przez ogień zamieniają się w proch i ulatują gdzieś w przestrzeń, unosząc się wraz z podmuchem nadlatującego znad Oceanu wiatru. W takim miejscu nawet przy żarze bijącym z ogniska zaczynam odczuwać zimne dreszcze. Taki oto koniec, a wokół tętniące życiem Puri.

13 paź, 2011 - Misja    Brak komentarzy

Ostatni dzień w Puri

Droga powrotna do Puri wyjątkowo obyła się bez przygód. Uradowany tym że żyjemy ojciec Joseph przygotował nam smaczne śniadanie. Następnie udaliśmy się do szkoły, aby ponownie zobaczyć naszych małych pacjentów. Tylko u dwójki dzieci zaczęto podawać antybiotyki a zapalenie płuc miało kilkoro. Cierpliwie wytłumaczyliśmy jakie są konsekwencje przerwy w podawaniu antybiotyku i jakie są konsekwencje jego niepodawania. W takich chwilach chciałoby się krzyczeć z bezradności, choć pewnie nie przyniosłoby to żadnych efektów. Kończąc bardziej optymistycznie trzeba dodać, że u chłopca z rozpoznaniem zapalenia płuc i anginy paciorkowcowej, po regularnym podawaniu erytromycyny zmiany chorobowe ustąpiły, z czego bardzo się cieszymy.

W dzień wyjazdu po raz ostatni udaliśmy się do niewielkiego szpitala, który niegdyś otworzył ojciec Marian Żelazek. Przed budynkiem, w dowód wdzięczności za zasługi zmarłego pięć lat temu misjonarza, chorzy na trąd mieszkańcy wioski wraz z rodzinami wznieśli pomnik przedstawiający jego postać. Z zaskoczeniem stwierdziliśmy, że przed naszym gabinetem utworzyła się dość długa kolejka, co stworzyło pewnego rodzaju konkurencję dla przyjmującego kilka drzwi dalej indyjskiego lekarza.

Przekonany że wyjeżdżamy następnego dnia ojciec Joseph, spoglądając na nas ciągle powtarzał że przegapił w swoich myślach jeden dzień z nami. Wpadł nawet na pomysł że moglibyśmy dotrzeć na stację spóźnieni. Wieczorem jednak, wraz z bratem Jose odprowadził nas na peron z którego odjeżdżał pociąg do Kalkuty.

12 paź, 2011 - Misja    Brak komentarzy

Chillika Lake

Nie udało nam się zobaczyć reklamowanych w Satpadzie delfinów. Był za to indyjski „striptiz”, który podziwiać dane nam było z tarasu z widokiem na Chillika Lake. Kilka razy w ciągu dnia, przychodziły tutaj grupki kobiet lub mężczyzn, oczywiście osobno, pragnących zażyć kąpieli w mętnych wodach jeziora. Dziwi fakt, że w kraju w którym temperatura sięga nieraz pięćdziesięciu kresek powyżej zera, przetrwała kultura zasłaniania ramion oraz kolan i pływania w ubraniach; (moje nowe bikini będzie musiało poczekać do następnego lata).

Chillika Lake zachwyciło nas urokiem swych bogatych w różnorodne formy życia mokradeł. Kolorowe jaszczurki, drapieżne ptaki szybujące w powietrzu, spadające w dół z nadzieją schwytania swojej ofiary, szukające ochłody w jeziorze bawoły i (jakże można o nich zapomnieć) wędrujące piaszczystymi ścieżkami wszędobylskie, święte krowy.

Oczywiście nie obyło się bez meczu siatkówki z zachwyconymi stylem gry polskiego zawodnika Hindusami. Od dawna wiadomo że sport jednoczy ludzi. Po takim meczu mogliśmy się czuć dużo pewniej spacerując po miasteczku.

11 paź, 2011 - Misja    1 komentarz

Tonąca łódź

Do Satpady płynęliśmy drewnianą łodzią w towarzystwie grupki indyjskich kobiet, mężczyzn i dzieci. Gdybym wiedziała, że podróż zajmie ciągnące się w nieskończoność dwie godziny, a nie przewidywane przez nas piętnaście minut, być może nie zdecydowałabym się na nią. Gdy po około godzinie ląd zaczął znikać z horyzontu, ujrzałam jak jeden z Hindusów przy pomocy wiaderka wylewa wodę z dna naszego środka transportu. Szybko rzuciłam okiem na wyraz twarzy pozostałych pasażerów ale nie dostrzegłam ich niepokoju. Mam nadzieję że wylewa wodę szybciej niż jej nabieramy – usłyszałam głos Krzyśka i zaczęłam się zastanawiać czy wystarczyłoby mi sił żeby dopłynąć do najbliższego brzegu i czy udałoby mi się to przed zmrokiem. Moja kolejna myśl związana była z faktem, że jeśli łódź zacznie tonąć to dobrze byłoby gdyby razem ze mną uratował się przynajmniej paszport. Bo bez pieniędzy i aparatu fotograficznego być może udałoby się przetrwać. No i wreszcie zaczęłam się zastanawiać, ilu z podróżujących z nami ludzi potrafi pływać. Kobiety w sari? Wątpliwe. Dzieci? A może chociaż kapitan i dwóch rybaków? Na koniec próbowałam wyobrazić sobie ile osób będzie próbował ratować mój towarzysz. Obraz powoli zaczął znikać, gdy po niemiłosiernie długim czasie w oddali ujrzeliśmy łodzie rybaków i niewyraźnie zarysowane brzegi Satpady. Byliśmy bezpieczni.

10 paź, 2011 - Misja    Brak komentarzy

Przyjaciel

W to że nie wszyscy Hindusi są złodziejami obrączek, oszustami i naciągaczami pomógł nam uwierzyć ubrany w białą koszulę mężczyzna, który podobnie jak my był pasażerem autobusu zmierzającego w kierunku Chillika Lake. Przez długie cztery godziny podróży byliśmy święcie przekonani, że wylądujemy w miejscowości Satpada. Przekonanie to podsycała nadzieja dotarcia do miejsca, które nie znajduje się w tak zwanym szczerym polu, ponieważ na niebie zaczęły pojawiać się coraz to liczniejsze błyskawice. Było już całkiem ciemno, gdy ktoś poinformował nas, że musimy wysiąść w miejscowości której nazwy wcześniej nawet nie słyszeliśmy. Byliśmy trochę zaniepokojeni, nie wiedząc jak wybrnąć z tej sytuacji. Wtedy nasz wybawca, nadzwyczaj dobrą angielszczyzną wyjaśnił nam że do Satpady możemy się dostać jedynie łodzią. Następnie zaprowadził nas do hotelu i pomógł wynająć pokój. Obiecał także, że zjawi się nazajutrz rankiem i zaprowadzi nas do portu.

Od początku gdy człowiek ten zaczął nam pomagać byłam pewna, że będzie chciał od nas pieniędzy za swoje usługi. Jak większość. Mimo iż zapewniał że chce być tylko przyjacielem i pomaga z grzeczności, trudno było nam w to uwierzyć. Mówił prawdę. Nie pozwolił nawet zaprosić się na kolację.

Wstaliśmy wcześnie rano i zgodnie z umową o szóstej czekaliśmy na naszego nowego przyjaciela. Nie pojawił się. Sami dotarliśmy nad jezioro i znaleźliśmy łódź płynącą do Satpady. Gdy siedzieliśmy już w środku, dostrzegłam jak Krishna wraz ze swoją żoną i synkiem wjeżdża na skuterze do portu. Pomachałam w ich stronę. Już po chwili on i jego przemiła żona, której wcale nie znaliśmy, żegnali się z nami jak ze starymi, dobrymi przyjaciółmi.

9 paź, 2011 - Misja    Brak komentarzy

Na temat ruchu ulicznego raz jeszcze

Z Konarku wyruszyliśmy do Bhubaneswaru, stolicy stanu Orissa, gdzie zjedliśmy śniadanie w towarzystwie siostrzeńca ojca Josepha.

W tym wielkim mieście po raz kolejny uświadomiłam sobie, że jeden fałszywy krok może prowadzić pod koła nadjeżdżającego pojazdu. Jakby na potwierdzenie tej teorii widzieliśmy rikszę uderzającą w autobus. Co więcej, w rikszę której byliśmy pasażerami uderzył motocykl. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Indyjskie miasta są potwornie męczące. Trzeba mieć oczy dookoła głowy żeby wrócić ze spaceru w jednym kawałku. Tutaj budzi się patriotyzm i zaczynam doceniać uroki wspaniałych, polskich miast, nawet tych najbardziej zatłoczonych.

Może warto w tym miejscu opisać jak wygląda indyjski chodnik. Otóż co mniej więcej trzy metry, w chodniku znajdują się duże dziury, głębokości około jednego metra. Krzysiek usiłował mi wmówić, że to studzienki kanalizacyjne, ale wyglądało to raczej jak duże kosze na śmieci. Strach pomyśleć, ilu ludzi połamało tutaj swoje kończyny.

Być może nie powinnam chwalić się publicznie swoją głupotą, ale ponownie nie zachowałam należytego dystansu w stosunku do małp. W wyniku swojego karygodnego postępowania zostałam obdarowana pamiątką w postaci śladu małpich pazurów w zgięciu łokciowym. Ale jak to mówią – do wesela się zagoi.

À propos wesel, ponieważ Hindusi uznają tylko dwa rodzaje kobiecego statusu – mężatka i kobieta wolna, dla własnego bezpieczeństwa na czas pobytu w hotelach postanowiłam zostać „żoną” Krzyśka. Oczywiście ze względu na to że jesteśmy świeżo po „ślubie”, nasze nazwiska w paszportach są inne. W dodatku w czasie podróży po Indiach skradziono nasze złote obrączki.

 

6 paź, 2011 - Misja    Brak komentarzy

Świątynia Słońca

Postanowiliśmy na krótki czas opuścić dzieciaki i ojca Josepha i wybraliśmy się na wycieczkę do okolicznych miejscowości. Naszym pierwszym celem była Świątynia Słońca w Konarku. Okazało się, że obcokrajowcy są tutaj bardzo wartościowymi ludźmi, gdyż za bilet płacą dwadzieścia razy więcej od Hindusów. Wejście do budynku jest zamurowane, więc tyle samo można zobaczyć za darmo, obchodząc świątynię wzdłuż niewysokiego murku.

Czekając na Krzyśka, usiadłam pod małym posągiem, chroniąc się na ile to możliwe przed widokiem publicznym. Efekt nie był rewelacyjny, gdyż już po chwili otoczyła mnie grupka Hindusów chętnych na pamiątkowe zdjęcie. Na kolejnych fotkach byłam uwieczniana bez mojej zgody, pod pozorem robienia sobie zdjęć z posągiem przy którym usiadłam. Jeśli ktoś ma ochotę poczuć się choć raz w życiu jak gwiazda filmowa lub też jak małpa w zoo (niepotrzebne skreślić), to z pewnością Indie są godne polecenia. Udało mi się już nawet wypracować metodę patrzenia tylko na drogę i zagrażający mojej egzystencji ruch uliczny, bez spoglądania w ludzkie twarze. Metoda może i nienajlepsza, ale spacer wydaje się być mniej męczący.

Świątynia Słońca otoczona jest przez święte drzewa. Hindusi wierzą, że pomiędzy lianami tych roślin unoszą się bogowie.

4 paź, 2011 - Misja    Brak komentarzy

„kja bolo”

W samym sercu miasta Puri dumnie piętrzy się przerażająca swym ogromem świątynia Jagannath. „Psom i Chrześcijanom wstęp wzbroniony”, głosił podobno niegdyś napis przy jednym z czterech wejść tego molocha. Mimo iż nie udało nam się wypatrzeć niczego podobnego, nie odważyliśmy się nawet na próbę dostania się do wnętrza.

Dookoła morze ludzi, riksze, motocykle, krowy, stragany z kolorowymi materiałami wszelakiego rodzaju. Żebrające dzieciaki  już dawno zamieniły słowo „chocolate” na „ten rupies”. Na ulicach tłumy i ogromny hałas, kontrastujący ze spokojem Ashramu, który zamieszkujemy. Jego spokój a jednocześnie wesołość pozwala nam odprężyć się po pracy w szkole. Któregoś dnia na przykład, brat Jose uświadomił nam jakie głupoty wygadujemy w języku hindi. Chociażby „kja bolo”, które dla nas znaczyło „co Ci dolega?”, okazało się „powiedz – kja”. Śmialiśmy się bardzo. Ciekawe co sobie myślą pacjenci, słysząc takie rzeczy. Czasem otwierają szeroko oczy ze zdumienia i spoglądają na nas nic nie mówiąc. 

Z ciekawostek – dowiedziałam się że jeśli chodzę w rozpuszczonych włosach, ludzie myślą że jestem ”crazy”.

28 wrz, 2011 - Misja    1 komentarz

Zapominając o chorobie

Codziennie o 6:30 odbywają się poranne msze święte. Jedna z nich była odprawiana w kapliczce znajdującej się w wielkim ogrodzie. Taka msza na pewno zostanie na długo we wspomnieniach. Ciche, kameralne miejsce; przed ołtarzem zgromadzonych łącznie z nami tylko kilka osób, wokół pachnące kwiaty, palmy kokosowe, ogromne różnobarwne motyle i bawiące się wśród gałęzi małpy, które z ciekawością skradały się w naszym kierunku. Ojciec Joseph opowiadał, jak kiedyś jedna z nich weszła do kapliczki i nie mogła się stamtąd wydostać. W ogrodzie zgromadziły się podobno setki małp, zaniepokojone wołaniem o pomoc swojej towarzyszki.

Czytaj dalej »

Strony:123»
QR Code Business Card